Lód, guano i pociągi

Trochę świata zjeździłem, ale nie zdarzyło mi się wdepnąć w guano. Aż do teraz…
Miejscowość Guano koło Riobamby określana jest „rzemieślniczą stolicą Ekwadoru” ze względu na produkcję wyrobów skórzanych i barwionych tkanin. Skąd jednak ta… śmierdząca nazwa? Od rzeki Guano, wypływającej ze zboczy wulkanu Chimborazo. Nie udało mi się jednak znaleźć genezy tej nazwy. Mam jednak pewną teorię. Wulkan, siarka, woda o specyficznym zapachu… Gdybym urodził się był w Guanie, to pewnie byłaby to jedna z pierwszych rzeczy, o jaką spytałbym rodziców. A ci mieszkańcy, których zapytałem, nie wiedzą.
Guano o ósmej rano wciąż śpi.
Guano, czyli nagromadzone ptasie odchody, było powszechnie wykorzystywane w XIX wieku jako nawóz. Obecnie powraca on do łask, na fali popularności rolnictwa ekologicznego. Największymi producentami guana są Peru i Chile. Tak było też w XIX wieku. w 1879 roku wybuchła wojna zwana „wojną o saletrę”. Rozpoczęła się ona od sporu o wydobycie saletry i właśnie guana. Konflikt pomiędzy sprzymierzonymi Peru i Boliwią a Chile doprowadził do wyjazdu z Peru Ernesta Malinowskiego, polskiego inżyniera, budowniczego słynnej kolei andyjskiej i bohatera obrony portu Callao. Wyjechał on do Ekwadoru, gdzie kontynuował to, na czym się znał – budował kolej. A budował kolej w okolicach Riobamby, na odcinkach Sibambe i Chimbo. Czyli przebywał od Guana kilkadziesiąt kilometrów, a nie wykluczone, że nawet je kiedyś odwiedził.
Ślady Ernesta Malinowskiego w Ekwadorze są kompletnie zapomniane, jednak wiadomo, że przebywał na tym terenie przez kilka lat, by w 1886 wrócić do Peru. Gdyby nie guano, to by tu być może nigdy nie zawitał.
Tory do Sibambe prowadzą przez słynną górę Nariz del Diablo, Nos Diabła. Pociąg zjeżdża tam zygzakiem, zmieniając dwukrotnie kierunek jazdy, by pokonać stromiznę. Z Sibambe tory podążają w kierunku wybrzeża. Gdzieś za tym mostem pracował Malinowski.
Guano leży u stóp Chimborazo, wulkanu, którego wierzchołek jest najbliższym słońca punktem na Ziemi. Na jego stokach pracuje Baltazar Uscha, zwany ostatnim hielero (wydobywca lodu). Nie jest jednak ostatni – jego zięć postanowił kontynuować tradycję. Dwa razy w tygodniu Baltazar Uscha pokonuje ponad 20 km wraz ze swoimi trzema osłami nazwanymi na cześć zmarłych towarzyszy i przez kilka godzin wycina trzcinę, przygotowuje liny, wycina prawie pięćdziesięciokilogramowe bloki lodu i zwozi je na dół, gdzie zakopane w ziemi czekają na sobotę i targ w Riobambie. Lód z Chimborazo używany jest do robienia koktajli i deserów owocowych.
Chimborazo – widok z laguny Colta.
Co więc łączy lód, wojnę, polskiego konstruktora kolei i ptasie odchody? Guano.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *