Śnieg, wiosna, Bieszczady

Uprzedzam, w tym wpisie będzie dużo zdjęć. Więcej niż tekstu, być może.
Jakoś na początku marca nie wytrzymałem psychicznie i wyjechałem w góry. Mój mózg potrzebował odpoczynku. Dusiłem się już w mieście, na uczelni, przy biurku nad książkami. Zdałem ostatni egzamin, zostawiłem indeks koledze, żeby nawet nie musieć go odnosić i wyjechałem w góry. Nie na długo, od środy do niedzieli. Oczywiście autostopem, z ulubionym kijem w ręku, z plecakiem z ciepłymi ciuchami i żarciem na plecach. No i kapeluszem na głowie, jakżeby inaczej.
W dzień przed wyjazdem (a właściwie noc) pojechałem do sklepu po termos i folię termiczną. Termos kupiłem w takim pięknym kolorze, jak widać poniżej. Był jeszcze różowy do wyboru. Ale w sumie się przyzwyczaiłem. Ważne, że dobrze trzymał ciepło herbaty.
Pierwszą noc spędziłem w Ustrzykach Górnych u Goprowców. Myślałem, że nie dojadę do Ustrzyk przed zmierzchem, ale pewien miły człowiek zawiózł mnie tam, mimo że nadłożył przez to ze trzydzieści kilometrów.
Wstałem o świcie i poszedłem w stronę szlaku czerwonego i wejścia na Połoninę Caryńską. Szlak  mi doskonale znany, ale była to moja pierwsza zimowa (tak, zimowa, mimo że to marzec) wyprawa w góry (oczywiście piesza, pomijam wyjazdy na narty).
Widok z Ustrzyk Górnych

A to mostek na samym początku szlaku
Pogoda była wspaniała pierwszego dnia. Był lekki mróz i świeciło słońce. Warunki idealne. Nie szedłem daleko, bo tylko do schroniska Koliba. Ale przed sobą miałem wejście na Połoninę Caryńską.
Zima daje możliwość obserwowania tropów
Sam marsz pod górę męczący. Ciężki plecak, grube ubrania i śliska powierzchnia nie umilały stromej wspinaczki. Z radością zrobiłem sobie przerwę przy pierwszej (i właściwie na tym podejściu jedynej) wiatce.
Zdjęcie z samowyzwalacza, dlatego musiałem przyklęknąć
Na szlaku byłem sam. Szedłem pod górę po śladach kogoś, kto schodził, zapewne poprzedniego dnia. Każdy, kto wchodził na Caryńską od strony Ustrzyk Górnych z pewnością pamięta schody. Czekałem na nie długo, ale się nie doczekałem.
Na tym zdjęciu są schody, jakieś pół metra pod śniegiem
Gdy wyszedłem z lasu, ludzki trop się urwał. Stałem przed białą przestrzenią, znając tylko w przybliżeniu kierunek, w którym mam zmierzać. Postanowiłem więc wdrapać się na najwyższy punkt, który widziałem. Stamtąd skierowałem się w kierunku kolejnego. I tak aż do najbliższego drogowskazu. Szedłem po dosyć mocnej warstwie zmarzniętego śniegu. Uczyłem się metodą prób i błędów, gdzie można stawać, a jakich miejsc lepiej unikać. Były całe odcinki, że brnąłem w śniegu głębokim do połowy uda. Zdarzało się, że pokrywa zapadała się pode mną i lądowałem w śniegu po pas, kompletnie zaskoczony.
Zdjęcie zawiera ślady. Moje własne.
A tu kolejne użycie samowyzwalacza.
Zdradziłem kapelusz na rzecz czapki.
Na grani zbyt wiało.
W końcu dobrnąłem do drogowskazu, który był całkowicie skuty lodem. Trochę go obłupałem i poszedłem szlakiem na północ, w kierunku doliny. Gdy już zacząłem schodzić, zobaczyłem kruki. Lubię te ptaki. Kojarzą mi się nieodmiennie z Bieszczadami.
Pojechałem kiedyś na długi weekend majowy w Bieszczady. Wyruszyłem z Ustrzyk Górnych czerwonym szlakiem na Połoninę Caryńską koło dziesiątej rano, ale że miałem dobre tempo, postanowiłem przejść też przez Połoninę Wetlińską. Nie wiem, o której zostawiłem za sobą Chatkę Puchatka, pewnie było to koło szesnastej, może siedemnastej. Do zachodu słońca miałem jeszcze trochę czasu – wypadał dokładnie na dwudziestą.
Szedłem kamienistą połoniną. Niebo zrobiło się szare. Nie było grubych chmur, ale słońce rozmyło się w wilgotnym powietrzu. Wiał wiatr – kolejny nieodłączny towarzysz bieszczadzkich wypraw. Na szlaku byłem sam. Nie wiem, gdzie podziali się ludzie, których wcześniej było całe mrowie. Nagle przede mną, w odległości jakichś trzydziestu, może pięćdziesięciu metrów wylądowała na skale para kruków. Pierwszy raz miałem okazję przyjrzeć się tym dostojnym ptakom. Szedłem dalej szlakiem w ich stronę. Kruki poderwały się i przeleciały kawałek dalej. Atmosfera była trochę posępna. Ale szedłem, śpiesząc się coraz bardziej, a przede mną polatywała parka czarnych ptaków. Chwilę później wszedłem w zarośnięty odcinek szlaku, a kruki zniknęły.
Tamtego dnia miałem jeszcze jedno niepokojące spotkanie. Jakoś przed dziewiętnastą dotarłem na szczyt Smereka, już za przełęczą Orłowicza. Na szczycie stało dwoje ludzi, w oddaleniu jeszcze jeden mężczyzna. Podszedłem najpierw do pary. Mimo wieczornej szarówki mieli na twarzach okulary przeciwsłoneczne, a na głowach kaptury.
– Skąd i dokąd idziecie? -zapytałem, licząc, że tam gdzie ja.
– Znikąd donikąd, przyjacielu – odpowiedział mi mężczyzna. – Nie widziałeś nas tu.
Odszedłem, nie wiedząc co powiedzieć. Podszedłem do samotnego mężczyzny. Miał na sobie kurtkę GOPRu.
– Dokąd idziesz?
Odpowiedziało mi milczenie.
– Do wsi Smerek, czerwonym?
Nadal cisza
– Do Kalnicy, przez Smerek?
-Mmmm – wyburczał tylko w odpowiedzi i odwrócił się we wspomnianym kierunku.
Siadłem na ławce. Spróbowałem znaleźć latarkę czołówkę. Nie znalazłem. Zostawiłem ją na biurku, jak się pakowałem. Zjadłem trochę czekolady i ruszyłem dalej czerwonym szlakiem. Zaraz pod szczytem spotkałem mężczyznę w kurtce GOPRu. Stał i patrzył się na szczyt, z którego przed chwilą zszedł. Gdy mnie zauważył, ruszył z powrotem pod górę.
– Jednak zmiana planów? – zapytałem.
– Mmmm.
Poszedłem czym prędzej w dół.
Potem, przy samym końcu zejścia, spotkałem jakąś dziewczynę, która czekała na kolegę. Poszliśmy razem do schroniska. Wyrobiłem się z zejściem idealnie przed zmierzchem. Od tamtej pory mam sentyment do kruków. Ale wróćmy do mojej zimowej wyprawy.
Właśnie poderwał się z drogowskazu

Koło południa doszedłem do Koliby. Zdjąłem przemoczone ubrania, zjadłem obiad i do wieczora czytałem Ojca chrzestnego. To był piękny dzień. Cały dzień czytania. Idealny spokój.
Koliba
Następnego dnia musiałem wrócić na szczyt Caryńskiej, zejść do Berehów Górnych i wejść na Wetlińską, do Chatki Puchatka. Pogoda nie była już taka wspaniała.
Ten sam drogowskaz, co wyżej. Tym razem kolejnego dnia.
Aha, to zdjęcie jest kolorowe.
A tu już zdjęcie z Wetlińskiej. Skała dzielnie trzymała aparat.
Chatka Puchatka na horyzoncie
Po południu pogoda zaczęła się poprawiać
Nie przepadam za Chatką Puchatka. Kojarzy mi się z płatnym wrzątkiem, drogim noclegiem i smrodem przemoczonych butów dwadzieściorga harcerzy – przykre wspomnienie lipcowego tam noclegu. Tym razem do wspomnień doszedł jeszcze zamarznięty wychodek. Wyobraźcie sobie – oszroniona deska, oblodzona podłoga, a na klapie rajska wyspa.
Dokładnie taka rajska wyspa. Zdjęcie z katalogu Castoramy.
Przenocowałem tam po to, żeby móc zerwać się z łóżka o piątej trzydzieści i zobaczyć to, z czego słynie Chatka Puchatka. Wschód słońca.

Potem poczekałem na wrzątek (płatny) i wyruszyłem dalej. Pogoda znowu piękna. Do Przełęczy Orłowicza szlak dosyć łatwy, przedeptany. Nie sposób zgubić.

Za przełęczą Orłowicza odbiłem na czarny szlak, w stronę schroniska w Jaworcu. Cóż, ten już nei bł tak popularny.
Tak, tu gdzieś jest szlak
Przedeptałem. Następni (kto?) będą mieli prościej

Przedostatnie oznaczenie, które znalazłem
A potem zabłądziłem. Szedłem jednak dalej skrajem lasu, mając nadzieję, że dotrę do celu. Tak mniej więcej mi wynikało z mojej beznadziejnej mapy. Aż nagle spotkałem narciarzy. Szli z Jaworca, czarnym szlakiem. Teraz już nie mogłem się zgubić. Poszedłem więc dalej, już pewnym krokiem, w stronę doliny i wiosny.
Moi wybawcy się oddalają
Tego dnia spotkały mnie jeszcze dwie przygody. No, może to zbyt szumne słowo. Najpierw zabłądziłem. Szedłem po śladach ludzi, było ich prościej pilnować niż poukrywanych gdzieś oznaczeń szlaku. W pewnym momencie wydeptana ścieżka szła jakimś dziwnym łukiem. Jako że widziałem, gdzie idzie dalej, postanowiłem skrócić sobie drogę. Skróciłem, akurat. Po kilku minutach coś mi przestało pasować. Ziemia była zryta, a ślady przypominały bardziej raciczki niż treki. Zawróciłem. Jakoś spotkanie z dzikami mi się nie uśmiechało. Oczywiście znalazłem bez problemu właściwą ścieżkę. Kilka chwil potem, po wesołym marszu między zamarzniętymi kałużami (a maszerowałem ze śpiewem na ustach, tak przyjemnie mi było), przypadkiem stanąłem na taką kałużę. Wpadłem po kolano.
O taka wiosna była!
A tu już Jaworzec
W Jaworcu smaczne jedzenie, urocze koty, czytanie książki i miłe towarzystwo narciarzy, których spotkałem wcześniej. A następnego dnia droga do Cisnej, na autobus do Komańczy.
Postapokaliptyczna scena gdzieś przy drodze do Kalnicy

Tak, to jest dom. Z drugiej strony ma drzwi. Serio. Kogoś zainspirował Egipt może?

A tu piękna tablica jeszcze piękniejszego autobusu. Ale dojechał.
W Komańczy spotkałem się z Łemkiem, którego miałem przyjemność poznać w lipcu. Obeszliśmy Komańczę wokół, rozmawiając. Tam już pełnia wiosny.

Po tej tamie przeszliśmy rzekę. A potem wspięliśmy się na skarpę.
Jeszcze tego popołudnia złapałem stopa do Rzeszowa. Ciężej było się stamtąd dostać do Lublina. Po dwudziestej jest to praktycznie niemożliwe. Autobus o pierwszej, pociąg o piątej. Na dworcu zakumplowałem się z człowiekiem, który wyglądał na bezdomnego. Ale miał telefon komórkowy. Cóż, dziwne rzeczy się zdarzają. Do domu wróciłem koło drugiej w nocy, dzięki Michałowi, który znalazł mi transport w Internecie. Jestem mało współczesny, ja na to bym nie wpadł.
Wyjazd był… świetny. Odpocząłem psychicznie. Przy okazji zaspokoiłem pragnienie, które atakuje mnie każdej wiosny – żeby rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Może do majówki starczy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *