In memoriam

Gdzieś w multiwersum jest wszechświat, w którym dzisiaj nie zmarł sir Terry Pratchett. Nie jest to jednak nasz wszechświat. Gdy przeczytałem pierwszą informację na ten temat, zrobiło mi się szczerze smutno. Nie dlatego, że nie przeczytam już żadnej jego nowej książki, choć to też pozostawia pewien niedosyt, ale dlatego, że odszedł pisarz będący mi szczególnie bliskim.
Nie będę pisał tutaj o jego twórczości. Dużo napisano, dużo pewnie, zwłaszcza teraz, zostanie napisane. Poza tym dzieła Pratchetta nie potrzebują adwokatów ani mecenasów i bronią się doskonale same. To będzie krótka refleksja o tym, co dla mnie znaczą książki i sama osoba sir Terry’ego Pratchetta.
Źródło: http://www.dignityindying.org.uk/patron/sir-terry-pratchett/
Siadając do pisania tej notki stwierdziłem, że nie obędzie się ona bez cytatu. Od razu pomyślałem o książce Humor i mądrość Świata Dysku z wybranymi cytatami z dzieł Pratchetta, którą kiedyś przy jakiejś okazji miałem przyjemność otrzymać. Niestety, książka akurat na wyjściu. Szybki rzut oka na półkę, co z mojej kolekcji Pratchetta jest na właściwym miejscu. Para w ruch, najnowsza książka ze Świata Dysku. Najnowsza książka i najmłodszy bohater, Moist von Lipwig. Zdążyły się ukazać trzy książki o nim. No nic, niech więc sztuka mówi za siebie.
Odrobinę łatwiejsze było znalezienie wody na wyżej położonych terenach, po osiowej stronie tundry, gdzie z lodowca Wiecznowiatru wypływały lodowate strumyki umożliwiające hodowle kóz. A wiec kozy rodzina Knuta hodowała, doiła i doglądała od wieków. A kiedy kozy skubały to, co na tych terenach uchodziło za trawę, Knut zasypiał i śnił o nieściganiu kóz po praktycznie jałowej okolicy. Z początku mu się to podobało, ale teraz był starszy i coś mu mówiło, że istnieją w życiu ciekawsze zajęcia niż przyglądanie się, jak kozy jedzą obiad: raz, dwa niekiedy trzy razy. Czasami robił y zabawne miny i czasami się śmiał. Ale jakaś wewnętrzna tęsknota przekonywała, że kozy to nie wszystko.
Pewnie dlatego, kiedy przeciągły gwizd zabrzmiał nad tundrą, pobiegł szybko, by sprawdzić co wydaje ten cudowny dźwięk. Zobaczył błyszczącą w świetle poranka smugę wijącą się przez równinę w jego stronę. Zastanowił się, czy to zjawisko ma coś wspólnego z dziwnymi sztabami metalu, kilka tygodni temu położonymi w tundrze przez brygady robotników. przynosił im wiadomości i sprzedawał ser swojej matki, ale nie mógł zrozumieć, co właściwie robią. Kozy jednak bez przeszkód przekraczały metalowe pasma, więc przestał się zastanawiać. O ile zapamiętał słowa tamtych ludzi, chodziło o jakąś cudowną machinę, która w chmurze pary mogła przejechać dookoła świata. I teraz chciałby wiedzieć więcej o tej pędzącej przez tundrę śpiewającej bestii, od czasu do czasu plującej ogniem.
Zostawiając kozy, zbiegł po zboczu do miejsc, gdzie powietrze było cieplejsze. W końcu wyśledził źródło hałasu w jakiejś wielkiej szopie. Akurat do niej dotarł, kiedy bestia, niosąca we wnętrzu ludzi, wyrwała się z niej przez wrota i pognała po metalowych torach. Spoglądał za nią, póki nie zniknęła. Później ludzie z miasta wyjaśnili mu, że było to coś, co nazywają lokomotywą. Tęsknota w sercu zrodziła się na nowo i stopniowo zaczęła narastać. Tak, rzeczywiście istniały rzeczy ciekawsze od kóz.

W pewnym momencie przez moje życie przemknęło kilka takich lokomotyw. Najpierw był C.S. Lewis, potem Juliusz Verne, potem J.R.R. Tolkien. A potem dostałem Zadziwiającego Maurycego i jego uczone szczury. Pierwsze polskie wydanie, w twardej oprawie. Tak niepodobne do innych ze Świata Dysku. Pamiętam, że ta książka zostawiła we mnie jakiś niepokój. Byłem mały, nie do końca ją rozumiałem, a tym bardziej nie potrafiłem jej umiejscowić w szerszym kontekście. Ale spodobała mi się. Pamiętam do dziś emocje, jakie wywoływały we mnie wtedy opisy tuneli pod miastem i króla szczurów. Potem… potem próbowałem czytać Czarodzicielstwo, ale mnie znudziło. Było trudne, zwłaszcza dla ucznia podstawówki. A potem już nie pamiętam. Po kilku latach przeczytałem Czarodzicielstwo i wydaje mi się, że to jedna z najlepszych książek Pratchetta.
Osobiście najprzyjemniej zawsze czytało mi się serie o Śmierci. Kosiarz, Mort, Wiedźmikołaj, no i oczywiście przegenialna Muzyka duszy. Ale gdybym miał wymieniać książki sir Terry’ego, które mi się podobały, to musiałbym przekopiować kompletną listę z Wikipedii.
Nie wiem, który autor wpłynął najbardziej na moje pragnienie pisania, ale jestem pewien, że Pratchett miał w tym swój wielki udział. Pamiętam, jak marzyłem kiedyś żeby go poznać. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć, bo jest chory. Od wielu lat chorował na Alzheimera w dosyć poważnej postaci. Ale pisał do końca. Nigdy nie przemogłem się, żeby spróbować napisać do niego. Zresztą, cóż, takie trochę naiwne dziecięce marzenie.
Choć obecnie piszę coraz więcej rzeczy, które z fantastyką nic wspólnego nie mają, to jednak bez niej pewnie bym nie zaczął tworzyć. A w fantastyce od dawna mówię o trzech mistrzach. Moich mistrzach, z których twórczości staram się czerpać natchnienie i którzy inspirują mnie do pisania. Zaraz pewnie część z Was zaprotestuje przeciwko jednemu nazwisku. trudno.
Po pierwsze Tolkien. W sposób niekwestionowany. Ogrom jego dzieła… cóż, tu nie ma co się rozwodzić. Bezwzględnie na pierwszym miejscu.
Po drugie (to ten kontrowersyjny i kolejność służy tu tylko retardacji) Sapkowski. Tak, wiem, niektórzy twierdzą, że jest przeciętny. Trudno. Inspiruje mnie jego sposób pisania, soczysty język, świat, który nie jest światem dobra i zła, czerni i bieli, ale jest brutalny, szary i wali po mordzie, a jak trzeba to nabija na widły. I nie uważam, żeby był przeciętny.
No i po trzecie sir Terry Pratchett. Podziwiam przede wszystkim język. Wybitne poczucie humoru, tak brytyjsko absurdalne. No i oczywiście nieskrępowaną wyobraźnię, fantastyczną i zaskakującą. Przy tym niezwykła wprost umiejętność postrzegania zjawisk społecznych i tworzenia ich paraleli w barwnym i cudownym świecie. Jeśli do tego doda się ogrom jego twórczości (czterdzieści tytułów z samego Świata Dysku, do tego wiele innych, w tym pisanych wspólnie z innymi autorami, i niezliczone opowiadania), niezaprzeczalnie trzeba nazwać go geniuszem.
Dawno niczyja śmierć mnie tak nie dotknęła. Poczułem się, jakby zmarł ktoś, kogo znałem i lubiłem. Ale może w innym świecie multiwersum będzie szczęśliwy. Myślę, że Śmierć przywitał się z nim, jak z dawno niewidzianym przyjacielem.
No i na koniec tweet z oficjalnego konta sir Terry’ego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *