Mainhattan, czyli ostatni wieczór po tej stronie Atlantyku

Stało się. Siedzę na lotnisku i czekam na boarding (wpis będzie krótki, bo i czasu niewiele).

Dotarłem wczoraj do Frankfurtu po kilkunastu godzinach w łotewskim autokarze, w którym obsługa próbowała się komunikować po angielsku, ale i tak wychodził im rosyjski. Autokarze, do którego wejście po pięciominutowej przerwie (dłuższych nie było) kosztowało życie wielu receptorów węchowych.

No i Frankfurt. Trochę brudny, mało niemiecki (Niemcy nie stanowią już nawet połowy mieszkańców), bardzo nowoczesny. Reklama jakiegoś burbonu: Wyprodukowany w Kentucky, pity na Mainhattanie. No rzeczywiście, taki trochę Mainhattan.

 

Mainhattan. Nie no, serio, kto to wymyślił? (Der Main to niemiecka nazwa Menu, jakby co).

 

A co robią Niemcy w piątkowy wieczór? Siedzą w knajpach, jedzą kiełbasę, przegryzająkapustą kiszoną i sałatką ziemniaczaną i przepijają piwem. Bar Hans und Franz pozwolił mi wczuć się w klimat, choć powinien nazywać się raczej Hassan und Omar. Ale było miło i chyba nawet dostałem zniżkę z racji braku drobnych.

 

Takie tam kolorowe domki.

 

Kolacja. Niemiecka. W Niemczech.

Coś ostatnio narzekałem na Jingle Bells puszczane w centrach handlowych na początku października. Niemcy się nie szczypią. Tu są już wystawy świąteczne pełną gębą. Ale takie ładne, jak z filmu.

 

Święta, święta i po świętach. Albo przed. Nie wiem, zgubiłem się, bo jest połowa października.

 

A rano autobus na lotnisko. Kontrola paszportowa, kontrola bezpieczeństwa, śniadanie. Bagaż nadany, teraz jeszcze muszę się sam nadać. I lecę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *