Za oceanem

Gdzieś nad Atlantykiem

Tyle się dzieje, że nie mam kiedy o tym pisać. W sobotę (no dobra, u Was to była już niedziela) dotarłem po ponad dwudziestu godzinach do Quito. Podróż raczej bez przygód, ale lotnisko w San Juan w Portoryko naprawdę zasługuje na kilka słów. Najpierw na poważnie.

Przez Portoryko przeszedł ostatnio huragan Maria. Wyspa jest zniszczona. Lasy leżą, rzekami błoto spływa do morza. Pozrywane dachy domów i innych budynków są ledwo zasłonięte prowizorycznie niebieskimi plandekami. Widok z samolotu jest przerażający. Lotnisko też ucierpiało. Sufity podwieszane są pozdejmowane, prąd idzie z generatorów, a w całym budynku unosi się smród wilgoci i grzyba. Przy trzydziestu stopniach wielkie wiatraki, erzac klimatyzacji, niewiele dają. Niektóre przejścia są zamknięte i dotarcie do właściwego gate’u to prawdziwa wyprawa. No właśnie… Na całym lotnisku znalazłem dwie tablice z informacjami o lotach, z czego jedna była prywatną tablicą innej linii niż moja. A w miejscu informacji znajdował się duży kawał pustej przestrzeni.

 

Lotnisko w San Juan

 

Ale brak prądu i zniszczenia na lotnisku nie przeszkadzają, żeby w terminalu stało kilkadziesiąt automatów do gry. Byłem w szoku. Jednoręki bandyta na lotnisku.

 

Automaty do gier. Każdy ma swoje priorytety.

 

No ale Portoryko to w końcu Karaiby. I na lotnisku nie da się o tym zapomnieć. Ludzie siedzą na ziemi, bo dlaczego by nie. Matki karmią dzieci i nikt się nie oburza – przecież to normalne, że dzieci muszą jeść. Ogólnie czuć jakąś inną atmosferę niż na poważnych lotniskach Europy. Swobodniejszą, bardziej naturalną, pozbawioną sztuczności i nadęcia. No i ten sklep. A właściwie cała sieć, bo naliczyłem ich kilka. Brakowało tylko piosenki Vaya Con Dios „Puerto Rico”.

 

 

No a potem Panama i w końcu chwila Internetu (w San Juan był router, zasięg świetny, ale chyba go zapomnieli podpiąć do sieci). A potem Quito. I muszę przyznać, że mnie rozczarowało. Ameryka Południowa, dziki ląd, infrastruktura w rozsypce… No nie. Zobaczyłem najczystsze i najbardziej nowoczesne lotnisko w moim życiu, a autostrada do Quito przebiła wszystkie francuskie i niemieckie, o polskich nie wspominając.

Po przylocie kontrola paszportowa i odbiór bagażu. Każdy miał co najmniej trzy walizki! Walizki. Walizy, takie na dwoje dorosłych, dziecko, psa i zapas jedzenia na tydzień. W sensie że do środka można by włożyć. Nie no, mówię serio. Belt był zapchany, bagażowi musieli układać bagaże, żeby więcej się zmieściło. Ja nie wiem, co oni szmuglują z tej Panamy, ale przywożą tego dużo. Oczywiście mój plecak był ostatni.

A potem gigantyczna kolejka do odprawy celnej (wyobraźcie sobie tych wszystkich ludzi po pięć walizek każdy). Pół godziny stania, żeby pokazać paszport i usłyszeć: „proszę, może pan iść”. Ale przynajmniej iść po ekwadorskiej ziemi.

 

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *