Rejs po kraterze wulkanu

Siedziałem w biurze informacji turystycznej i od kilkunastu minut starałem się zrozumieć rozentuzjazmowanego człowieka po drugiej stronie biurka. Twierdził, że mówi po angielsku, ale ja słyszałem wciąż tylko hiszpański. Z drugiej strony na moje odpowiedzi w języku Szekspira reagował tylko dłuższymi potokami mowy Cervantesa, więc coś chyba rozumiał. Ja też coś rozumiałem. Kilka pytań nawet sformułowałem sam po hiszpańsku: „Dondé puedo comer bien, no caro?” Narysował mi coś na mapce – darmowym folderze dla turystów. Coś nawet napisał obok, ale pismo miał szkaradniejsze niż ja, więc musiałem polegać na rysunku. Zanim wyszedłem, poprosił mnie jeszcze, żebym wpisał się na listę turystów. Byłem może siódmy.

– O, jesteś z Polski! – ucieszył się. – Bardzo interesuję się historią; wojna, Niemcy, holokaust.

Po chwili zastanowienia dodał: „El papa Karol Wojtyla”.

– Si, Juan Pablo II – odpowiedziałem.

On się ucieszył, ja się uśmiechnąłem. Przynajmniej słyszał o Polsce, w przeciwieństwie do wielu napotkanych Ekwadorczyków. Poszedłem jeść.

 

To na górze to zupa, a na dole mięso z dodatkami. Było smaczne.

 

Obiad był rzeczywiście dobry. Próbowałem się dowiedzieć o nazwę zupy (w odpowiedzi usłyszałem coś, co brzmiało jak minestrone. Gdybym tylko wiedział, co to jest minestrone…). Drugie danie raczej nie miało swojej specjalnej nazwy, ot, typowy kawałek mięsa w jakimś sosie, czerwona cebula, sałata, obowiązkowe awokado i dwa kawałki smażonej papki, które mogły być po prostu ziemniakami, ewentualnie bananami albo inną juką. Przy jedzeniu oglądałem sobie mapkę okolic Otavalo i robiłem plany na dzień następny. Rozważałem najpierw pieszą wycieczkę do wodospadu, ale stwierdziłem, że dowiem się, ile kosztuje taksówka do Laguny Cuicocha (Laguna de Cuicocha). O miejscu tym wiedziałem wcześniej, bo gdy tylko zacząłem publikować na Instagramie zdjęcia z Ekwadoru, odezwało się do mnie biuro turystyczne, proponując wycieczkę (oczywiście bardzo drogą, taką dla spływającego złotem gringo) do tejże laguny.

Moja wycieczka kosztowała dziesięć dolarów w jedną stronę. Taksówkarz nie mówił po angielsku, a zanim pojechaliśmy w góry musiał podrzucić gdzieś kobietę, która chyba była jego matką. Kierowca zapisał mi swój numer wraz z imieniem – Bolivar – i sugestywnym słowem TAXI na odwrocie czegoś, co prawdopodobnie jest formą paragonu ze stacji benzynowej. Skorzystałem z niego jeszcze tego samego dnia, by wrócić do Otavalo.

 

O taki sobie widoczek jeziora w kraterze. W tle majestatyczny wulkan Imbabura.

 

Laguna de Cuicocha znajduje się w rezerwacie Cotacachi-Cayapas, który nazwę wziął od wulkanu Cotacachi. Sama laguna to jezioro we wnętrzu aktywnego wulkanu. Według tego, co napisano na bilecie, można tam obserwować emisję gazów wulkanicznych. Ja nie zauważyłem. Faktem jest natomiast, że 3,5$ wydane na rejs łódką (dałem 4$, do dziś czekam na resztę) było dobrym wydatkiem. Pośrodku jeziora znajdują się dwie wyspy – wyspa Teodora Wolfa, niemieckiego podróżnika i naukowca i mniejsza wyspa José Marii Yeróvi, o którym z folderu nie dowiemy się nic. Widać zagraniczny naukowiec podnosi prestiż bardziej niż lokalny ktoś tam.

 

Obie wyspy. Ta lepsza, niemiecka, po lewej i lokalna po prawej, taka bez wyrazu.

Nie same wyspy stanowią jednak atrakcję, a kanał, którym są oddzielone. Zarośnięte trzcinami (a może tatarakiem) wąskie przejście nazywa się Kanałem Uroków. I rzeczywiście, widok jest uroczy. Siedząca za mną na łódce wycieczka niemieckich licealistów (do teraz starałem się ich ignorować) wydała z siebie krzyk zachwytu, gdy kadłub rozgarniał zarośla. Głośniej krzyczeli potem, gdy łódkę zalewały fale na tyle duże, że musiałem ukryć aparat pod moim ponczo. Głowę też schowałem (dzięki Ci, Indianko, która utkałaś mój kaptur).

 

Dziób łodzi rozgarnia trzciny i pozwala nam poczuć się niczym podróżnicy na dziewiczych wodach wulkanicznych kraterów.

W cenie biletu (i mimowolnego napiwku) był wliczony kubek słodkiego cynamonowego napoju, którego nazwy nie zanotowałem, więc oczywiście jej nie pamiętam. Wtedy też dostałem bilet i rzuciłem się na niego łapczywie, żeby dowiedzieć się czegokolwiek z krótkiego opisu. Głównie zależało mi na nazwie czarnych kaczek, którym zdjęcia robiłem z łodzi. Dosyć krzywym angielskim napisano na ten temat, że wokół jeziora występuje ponad czterysta gatunków roślin, które dają schronienie licznym zwierzętom i andyjskim ptakom. Gdyby nie Wiktoria (w tym miejscu należą się Wiktorii podziękowania), do której zawsze wysyłam zdjęcia ptaków do identyfikacji, nie dowiedziałbym się, że czarna kaczka to tak naprawdę łyska andyjska.

Czarna kaczka, czyli, jak nazywają ją ornitolodzy, łyska andyjska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *