Czasem ludzie zmieniają plany i nie przyjeżdżają

Przyjechałem jeszcze nie do końca obudzony na dworzec docelowy w mieście Loja gdzieś przed szóstą rano. Zacząłem szukać autobusu do Vilcabamby. Był. Kupiłem bilet w kasie, zapłaciłem 0.20$ przy przejściu na stanowiska (opiszę kiedyś dokładniej funkcjonowanie komunikacji w Ekwadorze, bo to obszerny temat) i doczłapałem z plecakiem na sam koniec strefy postojowej autobusów. Mojego jeszcze nie było. Nie minęły dwie minuty, gdy zjawiła się sięgająca mi trochę wyżej niż do łokcia staruszka tachająca dwa wielkie wory. Położyła je pod ścianą i coś do mnie powiedziała. Zakomunikowałem, że nie rozumiem, ale nie przeszkodziło jej to wydać kolejnych dyspozycji odnośnie worów i pójść po więcej. Potem zostawiła wszystkie sześć i zniknęła. Nadjechał autobus. Domyśliłem się, że wory trzeba zapakować, więc już miałem zacząć, gdy wróciła staruszka. Ulżyło mi. Zapakowaliśmy bagaż (wory były ciężkie jak nieszczęście i zawierały chyba ziemniaki), a ja utwierdziłem się w przekonaniu, że rozumiem po hiszpańsku. Półtorej godziny później wyładowałem ziemniak z autobusu i podążyłem na uginających się nogach z moim plecakiem i trzema torbami zawieszonymi na szyi za szybkonogą staruszką trzymając po dwadzieścia kilo ziemniaków w każdej ręce.

 

Vilcabamba o ósmej rano

 

Miasteczko wielkości Bełżyc (7000 mieszkańców dla tych spoza lubelskiego). Godzina ósma rano, sobota. Miasteczko duchów i taksówkarzy. Sprawdzam wiadomości w telefonie. Żadnego odzewu od Judith i Stevena. Rozmawiałem z nimi przez portal helpx.net w czwartek. Zostawiłem mój numer. Mieli mnie zabrać z Vilcabamby na swoją farmę. Wchodzę na stronę, jest wiadomość. Z czwartku. Nie widziałem jej. Próbuję pisać, dzwonić na numery podane na ich profilu jako kontaktowe. Bez skutku. Poczekałem jeszcze trochę, zjadłem i postanowiłem samemu dostać się na farmę. Mapka z google na profilu przedstawiała punkt pośrodku plamy zieleni, bez ani jednej drogi czy nawet ścieżki. Cóż, kto ma wiedzieć, jeśli nie taksówkarze. Poszedłem, zapytałem o Stevena.

– Steve, si, hay un Steve! – odpowiedział taksówkarz. Steve. No dobra, może to to samo co Steven. Jadę. Trzy dolary. Normalnie biorą 3,5$, ale lubią Steve’a, więc ode mnie wezmą 3$. Jasne.

Wylądowałem przed bramą z wyciętymi podobiznami Inków. Za bramą mostek, z tyłu jakiś dom i kawałek ziemi. Farma organiczna? No właściwie może być. Pusto. Spojrzałem na zegarek. Dochodzi południe. Może jeszcze nie wrócili z miasteczka. Siedziałem i próbowałem czytać Braci Karamazow, ale średnio mi się chciało. Wziąłem aparat i zacząłem polowanie. Wokół mnie latały niebieskie, pomarańczowe i żółte ptaki. I zdecydowanie nie dawały się fotografować. Może gdybym miał dłuższy obiektyw…

 

Żółty ptak. Zdecydowanie ukrywa się przed aparatem.

 

Przyjechał biały pick-up. Ze środka wysiadł młody facet, nie będący raczej ani Stevenem, ani tym bardziej Judith. Mówił po angielsku. Okazało się, że z tym Stevem to w sumie prawda, tylko nieaktualna. Mieszkał taki, ale już nie mieszka. I Steve, a nie Steven. Otworzyłem właścicielowi bramę z Inkami, a on obiecał mi zamówić taksówkę.

Trafiłem na taksówkarza, który też mówił po angielsku! Święto! Wyjaśniłem mu, dokąd chcę jechać. Byłem nawet na dobrej drodze, ale brakło kilku kilometrów i długiej wspinaczki pod górę. Zrozumiałem dlaczego wszystkie taxi w Vilcabambie to pick-upy z napędem na cztery koła. Wszedłem przez drewnianą bramę na czyjąś posesję i zacząłem nawoływać.

Łajka. Pies Judith i Stevena. Swoją drogą dziś przypada 60. rocznica wystrzelenia w kosmos Sputnika 2 z psem Łajką na pokładzie.

 

Wyskoczył na mnie owczarek niemiecki.

– Layka, no! Es un amigo! – krzyknęła siwiejąca – niegdyś blond – kobieta.

– Cześć! Jestem Piotr, z portalu heplx.

Kobieta zrobiła wielkie oczy.

– Jak tu trafiłeś? Nikt nas nie może znaleźć. Nie odpisywałeś, myślałam, że nie przyjedziesz. Ludzie czasem zmieniają plany i nie przyjeżdżają, a nie wszyscy są na tyle uprzejmi, żeby uprzedzić.

– Ja bym uprzedził – powiedziałem. – Jakoś dotarłem, miałem trochę szczęścia.

– Jeśli dotarłeś, to znaczy, że miałeś dotrzeć. Choć, pokażę ci pokój.

 

Dom Judith. Podniesiony z ruin.

 

Pokój. Nic, tylko siedzieć i pisać.

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *