Długa droga na południe

Peru nie jest duże. Peru jest gigantyczne. Całkowita powierzchnia to 1 285 216 km², ponad czterokrotnie większa od Polski. Dziewiętnasta pozycja pod względem wielkości na świecie. Przy tym Peru jest raczej dłuższe niż szersze. Od granicy z Ekwadorem do Chile jest prawie dwa i pół tysiąca kilometrów. Nie dojechałem aż tak daleko i na razie się nie wybieram, chociaż nie wykluczam tego w przyszłości.

Z Chiclayo pojechałem nad Ocean Spokojny do Huanchaco koło Trujillo. Miasteczko nie zasługuje na jakiś specjalny opis. Ot, pełno drogich knajp, mało tych tanich, dużo hosteli i surferzy. Nie surfowałem, chociaż pewna pokusa była. Do tego molo, płatne mniej niż w Sopocie (ok. 15 centów) i garść rybaków i wędkarzy. No dobra, wędkowanie jest trochę dziwne, bo nikt nie używa do niego wędki. Do drewnianej łopatki przywiązana jest żyłka z ciężarkiem, na haczyk zaczepia się takie obrzydliwe małe skorupiaki, które wyglądają jak morskie karaluchy i się łowi. Chyba działa. Rybacy zarzucają sieci z wąskich łódek plecionych z totora, czyli rodzaju trzciny. Wspominałem o nim w tekście z Ekwadoru. Zajrzałem do środka takiej łódki. W XXI wieku rybacy idą na łatwiznę i wypychają je styropianem lub pustymi butelkami. Ale wyglądają nadal jak przed wiekami.

 

Rybak z Huanchaco.

 

Kolejny przystanek to Lima. Z Trujillo (duże miasto obok Huanchaco) autobus jedzie do stolicy całą noc. Jechałem mając w portfelu trzy fałszywe banknoty – o czym uświadomił mnie taksówkarz, który zawiózł mnie z dworca do dzielnicy Miraflores – bardzo luksusowej i eleganckiej części Limy. Zadzwoniłem do ambasady, żeby upewnić się, że w razie zatrzymania przez policję ktoś się mną zainteresuje i poszedłem do banku, z którego bankomatu wypłaciłem w Trujillo pieniądze. Odstałem w kolejce swoje i w bojowym nastroju podszedłem do biurka konsultanta… i zderzyłem się z falą profesjonalizmu i zrozumienia. Wypełniliśmy razem formularz i otrzymałem zapewnienie, że moja reklamacja zostanie rozpatrzona najpóźniej w pierwszym tygodniu stycznia.

Fałszerstwo pieniędzy to dosyć powszechny problem w Peru. W wielu sklepach można spotkać informację, że fałszywe banknoty będą przebijane i będzie wezwana policja. Ludzie przyjmując pieniądze odruchowo obmacują banknoty w poszukiwaniu wypukłego druku. Sam tak zacząłem robić.

 

Zachód słońca z parku Icchaka Rabina w Miraflores.

 

Lima… nie zachwyciła mnie. Jest wielka, głośna i dalece odbiega od wyobrażeń na temat Ameryki Południowej. Miraflores mogłoby znajdować się równie dobrze w Hiszpanii, Francji czy Stanach Zjednoczonych, a historyczne centrum jest przykładem wspaniałej architektury kolonialnej, której nie powstydziłby się Stary Świat. Mógłbym tutaj wrzucić kilkadziesiąt zdjęć z kościoła i klasztoru Świętego Dominika, ale ograniczę się do jednego, bo może coś kiedyś o tym jeszcze napiszę.

 

Wirydarz.

 

Kupiłem sobie w Limie książkę Maria Vargasa Llosy i tak uzbrojony wsiadłem w autobus do Cuzco. Dwadzieścia godzin, powiedział mi Google. Chciałbym, żeby to było dwadzieścia godzin. Jechałem ponad dwadzieścia pięć. Zapis pierwszych chwil podróży prowadziłem w czasie rzeczywistym. Tu w nieco zredagowanej formie.

 

Od dwóch godzin krążymy po Limie.
Ale chyba już jedziemy.
I dzisiaj miałbym piękny zachód słońca, ale siedzę w autobusie.
Ale mam dla siebie dwa miejsca!
Głodny jestem.
Ciekawe, czy jest posiłek. W niektórych liniach jest podobno.
Tak!
O takie mi dali.
O takie mi dali.
Kisiel.

 

Już jestem cały w kisielu, a tylko lekko uchyliłem wieczko.
Bo czułem, że coś owocami pachnie, ale nie bylem pewien. Teraz już wiem.
Wkurzają. Zaczęli rozdawanie żarcia od deseru. I siedź jak ciul z tym zakichanym kisielem.
Ryż, warzywa, chyba mięso.
A teraz gość chodzi z wielka butla Inca Coli i nalewa każdemu kubeczek.
O, jest jeszcze woda do wyboru. Nie chcę wody, chcę Inca Colę
Zwłaszcza, że woda to Cielo. Smakuje jak kranówa, nie lubię jej.
Dali mi tego tyle, jakby to była wódka albo lekarstwo.
Mam pomysł. Za dopłatą miejsca, z których nie widać telewizora. Albo możliwość wyboru filmu dla całego autobusu
Kisiel był marakujowy. I rzadki. Wypiłem, bo jedzenie łyżeczką skończyłoby się tragicznie.
Nieee!
Postanowili nam zrobić maraton Resident Evil.
Czemu leci ten sam jeszcze raz?
Czy można wysiąść?
Nie można było. Dojechałem do Cuzco następnego dnia popołudniu. Mój bagaż nie dojechał. Nie dogadałem się z obsługą. Odzyskałem go trzy dni później. Ale mam przynajmniej ładny podkoszulek z napisem Peru. I nowy komplet bielizny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *