Czyste szaleństwo (i konkurs koni)

Skończył się karnawał, na szczęście. Cztery dni istnego szaleństwa. Cztery dni niemożności wyjścia z domu i pozostania suchym i czystym. Latająca w powietrzu pianka, balony z wodą, mąką i jajka. Przez cztery dni, od rana do nocy. Wielkie tłumy, koncerty, lejące się strumieniami piwo. Piwo można było kupić wszędzie: w sklepie, w każdej knajpie, w księgarni, w sklepie z biżuterią rzemieślniczą, u szewca albo po prostu na jednym z wielu stoisk czy prosto z przyczepy albo bagażnika. Podobnie zresztą było z pianką. Do kupienia wszędzie i potem na twarzach wszystkich. Szczególnie na mojej, bo dopaść gringo to szczególna przyjemność. Na początku unikałem, przemykałem za plecami policji albo pod ścianą, jak najdalej od ludzi. A potem oberwałem wiadrem wody i już nie było sensu się bronić. Kupiłem tylko puszkę pianki, żeby nie pozostawać dłużnym.

 

Dzieci w fontannie. Nieco ekstremalna forma oblewania się wodą.

 

Ale karnawał to nie tylko oblewanie się wodą i tańczenie. W przeciwnym narożniku placu wystawili się rzemieślnicy i sprzedawcy jedzenia. Oprócz części ekwadorskiej, swoje stoiska mieli też kucharze z innych krajów świata. Włoska pizza, francuskie wino, meksykańskie taco, dania z Kolumbii i Brazylii. Oprócz tego budki z hamburgerami, grille z szaszłykami i wielkie gary z humitami i tamales (tradycyjne potrawy z mączki kukurydzianej) rozsiane po całej Vilcabambie.

 

Garnki

 

Jakoś w sumie nie zawędrowałem do wesołego miasteczka, które rozstawiło się w północnej części miasta. Widziałem tylko wielki diabelski młyn, górujący nad niską zabudową, który obracał się dużo za szybko jak na mój gust i skutecznie odpychał mnie od tamtych okolic. Kolejną atrakcją, która mnie ominęła była krążąca od co najmniej dwóch tygodni po ulicach gąsienica – taki pociąg mały. Grała muzykę i błyskała światłami – dla amatorów substancji psychoaktywnych, których w Vilcabambie nie brakuje, musiał być to bardzo oryginalny widok.

 

 

Dla mnie jednak punktem kulminacyjnym karnawału był konkurs koni rasy paso. O konkursie pierwszy raz usłyszałem od Adriany, żony Dawida, o którym pisałem tutaj. W zeszłym roku konkurs odbywał się na stadionie na terenie otoczonym eleganckim płotkiem. W pewnym momencie jeden z koni podczas oprowadzania zapragnął wolności. Wyrwał się z ręki właściciela, zaczął biegać po całym stadionie, potem rozwalił płotek i pobiegł w stronę publiczności. W końcu ktoś złapał go na lasso. Z jakiegoś powodu został zdyskwalifikowany. W międzyczasie pozostali zawodnicy stali skonfudowani i nie wiedzieli, czy konkurs nadal trwa i co właściwie w takiej sytuacji mają robić.

 

 

W tym roku obyło się bez takich atrakcji. Najpierw pokaz, trzy kategorie: klacze, wałachy i ogiery. Potem nagrody i jeszcze jedno przejście. Tutaj małe wyjaśnienie. Są dwie rasy koni paso – paso fino i paso peruano. Tutaj nie sa one zbyt rozróżniane. Charakteryzują się one specyficznym krokiem (przy okazji jest to inochód), który dla jeźdźca jest dużo przyjemniejszy niż zwykły kłus, a odpowiada mu prędkością. A przy tym wygląda… cóż, dziwnie. Tak, jak na filmiku poniżej.

 

 

Karnawał… Męczący. Ciekawe przeżycie. Następnym razem chyba jednak ucieknę w góry. Jedyna ofiara to mój ukochany kapelusz. Zdjęto mi go z głowy w tłumie, powędrował szybciej, niż ja mogłem i już nie wrócił. Żałuję, cierpię, ale życie trwa dalej. Nowy kapelusz zrobimy wspólnie z Gian Paolo, Włochem, szewcem i kuśnierzem samoukiem. Dla nas obu będzie to pierwszy kapelusz zrobiony w życiu.

 

Konkurs koni paso podczas karnawału.

Jeden komentarz

  1. Pingback: Piotr Mateusz Bobołowicz / Spod Kapelusza / Tu mnie nie grzebcie - Guayaquil, posępne miasto umarłych w mieście żywych - WNET.fm

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *