Howdy, Howdy!

Śpieszę z wyjaśnieniem żartu z tytułu. Howdy to tradycyjne pozdrowienie z południowego zachodu Stanów Zjednoczonych, kojarzone szczególnie z kowbojami. Oczywiście pochodzi od zwrotu grzecznościowego „How do you do”. Co ciekawe, jest także oficjalnym pozdrowieniem WordPressa, z którego ja również korzystam do pisania tego bloga. Poniżej scena z Toy Story.

 

 

No a oprócz tego Howdy to mój pies.

Mając w głowie plan wyprawy konnej po Ekwadorze czułem, że potrzebuję psa. Dla bezpieczeństwa, dla towarzystwa i jako ogrzewanie w zimne andyjskie noce. Oczywiście dostatecznie dużego, żeby był w stanie biec przy koniu. Otrzymałem sugestię, że może lepiej małą szczekaczkę, która mogłaby jeździć w siodle, ale jakoś nie pasowało to do mojej wizji.

Szukałem, pytałem, rozglądałem się. Miałem propozycję adopcji suczki, ale jakoś czułem, że wolę psa – i z powodów praktycznych, i narracyjnych. I znalazłem! Przejeżdżałem konno koło pewnego domu i zobaczyłem podwórko pełne szczeniaków. Poszedłem, zapytałem. Umówiliśmy się na spotkanie, przełożyliśmy kilka razy, ale w końcu poszedłem. Piesek, którego miałbym adoptować, bał się mnie tak bardzo, że nawet nie byłem w stanie go pogłaskać. Dodatkowo miał aż dziewięć miesięcy i ewidentne niedostatki wychowania, które z pewnością byłyby trudne do wyplenienia.

Chodziłem po Vilcabambie nieco zmartwiony, bo nastawiłem się na adoptowanie psa. I przypomniałem sobie, że mechanik samochodowy miał na podwórku jakieś fajne szczeniaczki. Poszedłem. Został ostatni. Podszedł do mnie z ciekawością, polizał po ręku. Dał się pogłaskać. Pół owczarek niemiecki, pół coś innego – według opisu mechanika „duży czarny pies” [zacząłem pisać tekst, zanim porozmawiałem z weterynarzem, który, okazało się, zna ojca Howdy’ego – pół pitbulla, pół niezidentyfikowanej mieszanki. Mam więc pół owczarka niemieckiego, ćwierć pitbulla i setkę innych genów]. Dojadłem loda, zapłaciłem mechanikowi za szczepionki i odrobaczanie i z kartą szczepień w kieszeni i psem na rękach poszedłem do domu.

 

Howdy. Pierwsze zdjęcie w nowym domu.
Szybko się oswoił. I zmęczył. Na nosie ma ranę odniesioną w boju z kurą. Teraz wygląda dużo lepiej, już wszystko się zagoiło.

 

Imię miałem w głowie już od dawna. Jakoś tak mi wpadło do głowy. Howdy. Już pierwszego dnia Howdy opanował komendę siad. Obecnie pracujemy nad chodzeniem przy nodze, jedzeniem tylko na komendę, przynoszeniem piłki i podawaniem łapy. Potem jeszcze na miejsceleżeć i podstawy będą z głowy. Ach, no i zostań.

Ważną kwestią od początku było przyzwyczajenie Howdy’ego do koni. Lada moment napatoczyła się okazja. Rano obudziło mnie rżenie koni. Otworzyłem drzwi, Howdy chciał wyjść. A tu koński łeb. Oczywiście zareagował szczekaniem, więc siadłem koło konia i próbowałem go nakłonić do podejścia po chrupki z mojej ręki. Udało się.

 

Pierwszy kontakt z końmi. Historyczny moment.
Zachowuje bezpieczny dystans, ale toleruje konie. Konie natomiast psów zdają się nie zauważać, o ile nie wyskoczą na nie szczekając gdzieś z bramy.

 

Jeszcze tego samego dnia musiałem odwieźć Sola na inne pastwisko, do pewnego życzliwego Amerykanina, któremu rośnie za dużo trawy na podwórku. Stwierdziłem, że to dobra okazja, żeby sprawdzić, jak się czuje na końskim grzbiecie Howdy. Kupiłem mu szelki (rozmiar średni, ale nadal za duże), żeby móc go wwindować na konia za pomocą smyczy i mieć za co go trzymać podczas jazdy bez podduszania.

 

Położyłem na tym kamieniu chrupki, żeby podszedł do konia, żebym mógł zrobić to zdjęcie. A konia przywiązałem. Zwierzęta nie czają o co chodzi w pozowaniu.
Dwa dni po wykonaniu tego zdjęcia szedłem z Howdym po centrum Vilcabamby. Jakaś kobieta powiedziała do dzieci: „patrzcie, to ten pies, co jeździ konno”. Już nas wszyscy znają.

 

Howdy jest bardzo towarzyskim psem. Uwielbia dzieci, daje im robić ze sobą wszystko (ostatnio dwójka nas zaatakowała na ulicy – oczywiście z chęcią zabawy z pieskiem – sam miałem ochotę się bronić, bo mnie ciągnęły za spodnie). Lubi też inne psy, ale nie gania za nimi specjalnie. Przez pierwszych kilka dni miał koleżankę, małego podrzutka, którego nazywałem Owca, ze względu na kręcone futro. Owcy na zdjęciach nie mam. Zniknęła po kilku dniach, tak jak się pojawiła. Howdy ma też starszego kolegę, psa Jose Luisa o imieniu Toby. Toby nie lubi się bawić, ale chodzi czasem z nami na spacery. Howdy przy nim robi się jakiś spokojniejszy i chętniej chodzi przy nodze – Toby daje mu dobry przykład.

 

Toby

 

Na razie wciąż czekam na uregulowanie pewnych spraw, nim będę mógł wyruszyć w podróż, ale wiem, że już wkrótce nasze trio przemierzy Ekwador. Mam tylko nadzieję, że Howdy gdy podrośnie będzie biegł za koniem, a nie chciał jeździć, bo z jego rozmiarem musiałbym mu kupić własnego konia. Z drugiej strony to mogłoby się stać viralowe. Zamiast „O psie, który jeździł koleją”, byłoby „O psie, który jeździł konno”.

 

Nasze dziwne stado. Prawie jak z Epoki Lodowcowej. Tylko że jeśli Sol jest jak Maniek mamut, bo możemy na nim jeździć, Howdy jak Diego, tygrys szablozębny – w końcu drapieżnik, to dla mnie zostaje tylko leniwiec Sid.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *